Pierwszy podjazd przychodzi szybciej, niż się spodziewałem. Krótki obrót manetką gazu, tylne koło wgryza się w podłoże, a Freeride czysto wciąga się pod górę. Żadnego luzu sprzęgła, żadnego wrzasku dwusuwa, żadnego zawodzącego silnika. Zamiast tego słyszę tylko kamienie pod oponą, chrzęst podłoża i to ciche, elektryczne buczenie.
I właśnie w tym momencie dzieje się coś zaskakującego: po kilku metrach przestaję myśleć o tym, że siedzę na elektrycznym motocyklu. Freeride prowadzi się po prostu jak prawdziwe enduro. Nie jak eksperyment. Nie jak kompromis.

&width=72&height=72&bgcolor=rgba_39_42_44_0&mode=crop)
&width=60&height=60&bgcolor=rgba_39_42_44_0&mode=crop)