Zacznijmy od tego, co mnie najbardziej zirytowało. KTM 390 Adventure R ma port USB-C w kokpicie - nowoczesne, dobrze pomyślane, ale w praktyce rozczarowujące. Port dostarcza tylko 5 watów, co oznacza, że po dwóch godzinach jazdy autostradą z włączoną nawigacją mój iPhone 17 Pro miał zaledwie 3 procent więcej baterii niż wcześniej. Dziś podróżując na motocyklu, korzysta się z nawigacji w smartfonie - to już nie jest wyjątek, a norma. Gniazdo ładowania, które nie jest w stanie naładować urządzenia pod obciążeniem, jest dla podróżującego enduro bezużyteczne. W praktyce oznacza to, że zawsze trzeba mieć dodatkowy powerbank. KTM pozycjonuje się z Adventure R jako poważne enduro turystyczne, a inni producenci rozwiązują ten problem bez problemu - tutaj w kolejnej generacji trzeba to poprawić.
Pod względem ergonomii KTM zrobiło wiele dobrze. Pomimo mocno enduro-orientowanej koncepcji z 21-calowym przednim kołem i bardzo wyprostowaną pozycją, motocykl jest zadziwiająco komfortowy - lepszy niż starsza generacja, zwłaszcza dla wyższych kierowców. Kąt kolana i pozycja siedzenia są odpowiednie, dźwignie hamulca i sprzęgła są łatwo dostępne bez regulacji. Dla kierowców powyżej 1,80 m podniesienie kierownicy byłoby dobrym ulepszeniem na dłuższe offroadowe odcinki na stojąco - ale to finezja, nie konieczność.
Kompatybilność z bagażem: System Enduristan Hailstorm 35 można było bezpiecznie zamontować na motocyklu bez dodatkowych punktów montażowych czy akcesoriów - dla enduro turystycznego to ważny praktyczny punkt, który pokazuje, że KTM przemyślało tę kwestię.
Siedzenie jest na średnim poziomie - na autostradzie po dłuższym czasie brakuje komfortu, ale w terenie ta twardość okazuje się zaletą, ponieważ daje znacznie większą swobodę ruchu na motocyklu. To, co czasem przeszkadza na długich trasach autostradowych, rekompensuje się, gdy zjedzie się z drogi.
Muszę też wspomnieć o błędzie z boczną podpórką: W terenie silnik nie chciał się uruchamiać, ponieważ wyświetlacz pokazywał, że boczna podpórka jest wysunięta - mimo że była schowana. Rozwiązanie było proste, wystarczyło na chwilę opuścić i podnieść podpórkę, ale nie powinno to mieć miejsca w motocyklu z przebiegiem 600 kilometrów - zwłaszcza, że inni dziennikarze doświadczyli tego samego błędu.